Artykuł opublikowany pod adresem:     http://gigawat.net.pl/article/articleprint/909/-1/72/

Scheda po Turkmenbaszy


Informacje Numery Numer 01/2007

W nocy z 20 na 21 grudnia 2006 roku na atak serca niespodziewanie zmarł Saparmurad Nijazow, dożywotni prezydent Turkmenistanu, znany bardziej jako Turkmenbasza czyli „ojciec Turkmenów”.

Godność ta wyróżniała go z setek innych nadanych mu tytułów, choć –podobnie do nich – zupełnie niezasłużona. Przytaczana niezwykle często przez zagraniczną prasę była tu jednak formą szyderstwa, lecz zgodnie z prawdą na niczyj też szacunek w świecie zachodnim Nijazow nie zasłużył.

Choć zgodnie z rzymską maksymą de mortuis aut bene aut nihil, czyli ‘o zmarłych [mówi się] albo dobrze albo nic’, w kontekście osoby turkmeńskiego przywódcy można zrobić wyjątek. Trafniejsze byłyby wręcz słowa króla Stefana Batorego o Samuelu Zborowskim: canis mortuus non mordet – martwy pies nie gryzie.

Na miano kaspijskiego Bokassy być może nie zasłużył, ale o tym przyjdzie się jeszcze przekonać, bo kanibalistyczne zapędy wymienionego środkowoafrykańskiego cesarza i zawartość pałacowych lodówek też były tajemnicą, dopóki rządził.

Sam „wódź Turkmenów” za sterami władzy zasiadał od przeszło dwudziestu lat, początkowo w czasach istnienia ZSRR, będąc I sekretarzem Komunistycznej Partii w Turkmeńskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej, a później w niepodległym już Turkmenistanie jako prezydent, premier, dowódca armii, przewodniczący Rady Ludowej – najwyższego organu władzy w kraju, Konwentu Seniorów, Rady Obrony i Bezpieczeństwa Narodowego, a także wódz jedynej partii politycznej – rzecz jasna „Demokratycznej”.

Choć, co prawda, Saparmurad Nijazow nie kazał wplatać swego imienia wzorem jednego z współczesnych afrykańskich prezydentów do modlitwy po słowach „Ojcze Nasz” i nie obwołał się tak jak on 13 apostołem, to jednak nie gardził dodatkowymi atrybutami. Oblicze ogłoszonego „pierwszym olimpijczykiem Azji” zdobiło wszystkie miejscowe banknoty i monety, 12-metrowej wielkości pomnik pozłacany w centrum Aszchabadu wyposażony został w ruchomą głowę, dzięki czemu twarz wodza przez cały czas zwraca się ku słońcu, dzień jego narodzin ogłoszony został świętem państwowym. Powołana przezeń komisja historyków uznała go za bezpośredniego potomka Aleksandra Wielkiego, a nazwę miasta Krasnowodsk zmieniono na Turkmenbaszy. To pewnie w ramach tradycji rodzinnych, aby nie ciążył na nim kompleks przodka założyciela kilkudziesięciu Aleksandrii. Sygnowany autorstwem Nijazowa dwutomowy poemat filozoficzno-religijny - stał się jedyną obok Koranu obowiązkową lekturą szkolną, a wszyscy urzędnicy turkmeńscy są co roku sprawdzani ze znajomości treści dzieła.

Nie sposób wymienić wszystkich zaszczytów i dokonań Turkmenbaszy. Nigdzie ich tak nie doceniano jak w naszym kraju, bo właśnie ogłoszone przez Nijazowa szacunki rezerw gazu ziemnego w Turkmenistanie uznane zostały za najbardziej wiarygodne i mogące w przyszłości być elementem bezpieczeństwa energetycznego Polski. Nie dawano wiary złośliwym plotkom rozpowszechnianym po Moskwie, jakoby Turkmenbasza kilkukrotnie sprzedał ten sam gaz różnym odbiorcom. Nawet jeśli zdarzenia te miały miejsce w przeszłości, to i tak poprawniej politycznie było uznać je za pomówienia, bo przecież stwarzał szansę na uniezależnienie od dostaw z niedemokratycznej Rosji, rozumiejąc najlepiej jako lider Partii Demokratycznej zagrożenie wypływające z autokratyzmu putinowskiego Kremla.

Co do samych zasobów gazu ziemnego to dane dla Turkmenistanu wahają się od 1,9 (U.S. Energy Information Administration) do 2,8 (B.P. Statistical Review) czy - według ustaleń lokalnych władz - nawet 20,4 biliona metrów sześciennych. Ogromne rozbieżności między nimi tłumaczyć można na wiele sposobów. W praktyce wielkości są zależne wyłącznie od czasu przeprowadzenia badań oraz interesu ich zleceniodawców. W efekcie łączy je jedno: są zupełnie bezwartościowe.

Niemniej sama wizja kilkunastu bilionów metrów sześciennych surowca wartego po wydobyciu kilkaset miliardów dolarów w biednym, niespełna sześciomilionowym Turkmenistanie jest dla wielu więcej niż ekscytująca. Stąd też nieoczekiwany zgon Saparmurada Nijazowa ma znacznie poważniejsze konsekwencje polityczne niż zmiana potencjalnego partnera handlowych negocjacji na wypadek, gdyby ktoś próbował zadbać o bezpieczeństwo energetyczne Polski sprowadzając gaz z Turkmenistanu.

Wydarzenie to zapoczątkuje przypuszczalnie szereg poważnych zmian o skali makroregionalnej. Możliwych jest kilka wariantów rozwoju sytuacji:

Status quo?

Na pewno nie długoterminowe, ale w perspektywie najbliższych kilku miesięcy bardzo prawdopodobne. Dojdzie do niego, jeśli schedę po Nijazowie przejmą jego krewniacy nieformalnie kontrolujący od dekady cały handel zagraniczny Turkmenistanu, w tym wydobycie i sprzedaż ropy i gazu. Wiele na to wskazuje: wicepremier Turkmenistanu - Kurbankuły Berdymuchmedow, którego ze zmarłym prezydentem łączą więzy krwi, już zapowiedział kontynuowanie dotychczasowego kursu politycznego państwa.

Kolorowa czy zielona rewolucja?

Prędzej czy później wydaje się nieuchronna. Mało prawdopodobne wydaje się jednak, aby mogła przyczynić się do demokratyzacji kraju wzorem Ukrainy czy Gruzji. W społeczeństwie o typowo klanowo–plemiennej strukturze przywykłym do totalitarnych praktyk ten wzorzec ustrojowy nie ma racji bytu. Efekt końcowy może być zbliżony do scenariusza wydarzeń z Kirgizji, gdzie działalność liderów „tulipanowej rewolucji” ożywiła promoskiewskie sentymenty. Przypuszczalnie jednak przewrót przyoblecze się w zielone barwy islamu, choć Turkmeni – w przeciwieństwie do swych południowych sąsiadów – to przede wszystkim sunnici.

Iranizacja

Śmierć Nijazowa to nie do końca dobra wiadomość dla Iranu, bo też nie jest to najlepszy moment, aby aktywizować swą politykę w regionie, a to wydaje się w zaistniałych okolicznościach niemal nieuchronne. Teheran nie ukrywa swych mocarstwowych ambicji, a Turkmenistan zawsze pozostawał w sferze najściślejszych zainteresowań władz Republiki Islamskiej. Oba państwa łączy nie tylko niemal 1000 km granicy, ale też zależności gospodarcze. Być może właśnie one, a nie kwestie religijne posłużą jako narzędzie wciągnięcia tego kraju w geopolityczny krąg irańskich wpływów.

Wariant wojen postkolonialnych

Pewnych jego elementów nie da się uniknąć. Póki dane dotyczące zasobów naturalnych Turkmenistanu nie zostaną w sposób wiarygodny i naukowy zweryfikowane, kraj ten będzie przedmiotem najazdu koncernów energetycznych. Niektóre z nich na pewno będą mogły liczyć na poparcie rządów swych rodzinnych państw, inne kupią miejscowych polityków. Liczba potencjalnych scenariuszy rozwoju takiej sytuacji zasługuje na odrębny raport.

Nowy rok przyniesie obywatelom Turkmenistanu ogromne zmiany. Biorąc pod uwagę zakontraktowany pośrednio przez Ukrainę pochodzący stamtąd gaz, być może nie ominą one również i naszych sąsiadów. A także i nas samych, czego jednak życzyć sobie nie należy.

Dokończenie znajdziesz w wydaniu papierowym. Zamów prenumeratę miesięcznika ENERGIA GIGAWAT w cenie 108 zł za cały rok, 54 zł - za pół roku lub 27 zł - za kwartał. Możesz skorzystać z formularza, który znajdziesz tutaj

Zamów prenumeratę




| Powrót |

Artykuł opublikowany pod adresem:     http://gigawat.net.pl/article/articleprint/909/-1/72/

Copyright (C) Gigawat Energia 2002