Artykuł opublikowany pod adresem:     http://gigawat.net.pl/article/articleprint/578/-1/55/

Europejski handel emisjami. Są szanse na sukces?


Informacje Numery Numer 08-09/2005

Krajobraz wokół elektrowni jest zazwyczaj dość monotonny. W sąsiedztwie większości z nich zobaczyć można zwały węgla albo sieć rur dostarczających gaz. Ale dookoła zakładu, który zaopatruje w energię elektryczną szwedzkie miasto Enköping, leżące ok. 70 km na zachód od Sztokholmu, rozciągają się pola, na których rośnie wierzba energetyczna.

Enköping jest tym samym prawdopodobnie jedynym europejskim miastem zasilanym w energię elektryczną dzięki biopaliwom.
Szef elektrowni w Enköping, Eddie Johansson, twierdzi, że takie paliwo jest równie ekonomiczne, jak węgiel czy gaz. W Szwecji ściągany jest podatek od emisji dwutlenku węgla, a dotyczy to większości siłowni w tym kraju. Tymczasem elektrownia w Enköping, wedle rządowych regulacji, nie będzie musiała płacić tego podatku z uwagi na to, że każda tona CO2 wydobywającą się przez kominy zakładu jest rekompensowana przez tonę pochłanianą przez uprawy wierzby. Według Johanssona, setki tak zasilanych elektrowni mogłoby funkcjonować w całej Europie, gdyby tylko w innych krajach stosowano - na poziomie rządowym - równie skuteczne zachęty do ograniczania emisji niepożądanych gazów.

1 stycznia 2005 r. Unia Europejska zaprezentowała system, który, jeśli wierzyć optymistom, mógłby te „szwedzkie” marzenia urzeczywistnić. To system handlu emisjami dwutlenku węgla. Celem tego przedsięwzięcia jest zmniejszenie poziomu przemysłowej emisji gazów cieplarnianych i tym samym powstrzymanie globalnego ocieplenia, przy zachowaniu konkurencyjności europejskich przedsiębiorstw. Według opracowanych przez UE założeń, zainteresowane przedsiębiorstwa są wyposażane w specjalne zezwolenia, nadające im prawo do emisji do atmosfery określonej ilości dwutlenku węgla w ciągu roku. Te podmioty, które nie będą posiadać wystarczającej ilości pozwoleń dla pokrycia swoich emisji, będą musiały kupić je od kogoś innego.

Już w momencie, gdy system był projektowany, pojawiły się głosy, że Unia przeobrazi się wkrótce w centrum globalnego rynku handlu emisjami. Kraje spoza UE, np. Norwegia, zapowiedziały już, że przyłączą się i wydadzą swoim przedsiębiorstwom odpowiednie przydziały emisji, które w przyszłości mogłyby zmieniać właściciela na rynku Wspólnoty. Jak dotąd przygotowany schemat handlu emisjami kończy się na 2007 r., ale w UE sądzi się, że schemat ten utoruje drogę dla rządów poszczególnych państw do obniżania wielkości ich „narodowych” emisji już od 2008 r.– do czego te państwa będą zresztą wtedy już zobowiązane przez Protokół z Kioto. Warto przy tym dodać, że obecne pozwolenia pokrywają zaledwie połowę emitowanego w UE dwutlenku węgla. Większość z pozostałych 50% produkowana jest przez samochody, których plan handlu emisjami nie obejmuje.

Pośród całej tej euforii związanej z opublikowaniem schematu, znaleźć można też jedną niepokojącą sprawę. Włochy, Polska i Czechy nie mogą jeszcze uczestniczyć w handlu emisjami, ponieważ nie udało im się w odpowiednim czasie przedłożyć swoich propozycji przydziałów (ilości pozwoleń na emisję na własnym narodowym obszarze). Najbardziej oporna okazała się i tak Gracja, w ogóle nie przedstawiając żadnych propozycji. Rzecz jeszcze bardziej niepokojąca - niektórzy analitycy obawiają się, że przesadnie ostrożne rządy części państw UE mogły już zepsuć rynek handlu emisjami zanim na dobre wystartował. Mogły po prostu zbyt hojnie szafować wydawanymi pozwoleniami.

Tymczasem jeśli każdy zainteresowany podmiot otrzyma znaczne przydziały emisji, to żaden z nich nie będzie miał odpowiedniej zachęty do redukowania ilości gazów cieplarnianych wypompowywanych rokrocznie do atmosfery. Właśnie ten argument wykorzystują najczęściej specjaliści pesymistycznie nastawieni do unijnych pomysłów. Ekspert od zmian klimatu, Michael Grubb z brytyjskiego Uniwersytetu Cambridge twierdzi, że zachowanie rządów poszczególnych państw Unii spowodowało, że pozwolenia na emisje staną się w praktyce bezwartościowe. Jego zdaniem nie będzie chętnych do kupowania, ceny spadną na łeb na szyję, a przy niskim poziomie cen pozwoleń wszelkie zachęty dla przemysłu do „sprzątania po sobie” wyparują.

Głównym problemem, według Grubba, jest brak precyzyjnych zasad dotyczących wydawanych przez rządy limitów. Europejskie gabinety nie będą chciały zmuszać swoich firm do wydawania pieniędzy na zakup brakujących zezwoleń na emisję i tym samym do stawiania ich w utrudnionej sytuacji konkurencyjnej w stosunku do przedsiębiorstw z innych krajów. I tak, Wielka Brytania mimo publicznego „uderzania w bębny” i wzywania do działań na rzecz poprawy klimatu, sama stała się największym „przestępcą”. Ustanowione przez ministerstwo środowiska przydziały na emisję okazały się niezadowalające. Według wyliczeń ministerstwa, wymuszą one redukcję o mniej niż 1% w stosunku do dotychczasowego poziomu emisji. A i tak wskutek intensywnego lobbingu środowisk przemysłowych i ministerstwa przemysłu, redukcja ta okaże się prawdopodobnie jeszcze mniej znacząca.

Pomimo tych niesprzyjających sygnałów, wielu specjalistów wierzy, że handel emisjami pomoże „uratować” Protokół z Kioto, czyli pomóc w faktycznej realizacji postanowień tego dokumentu. Po raz pierwszy bowiem pojawia się finansowa zachęta dla przemysłu do obniżania poziomu produkowanych zanieczyszczeń. Optymiści wskazują przy tym na sukces, jaki odniósł wykreowany kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych podobny rynek wymiany pozwoleń na emisję – w tym wypadku dwutlenku siarki, sprawcy kwaśnych deszczów. Rządowi USA udało się w ten sposób zredukować poziom emitowania szkodliwych gazów i to przy minimalnych kosztach ponoszonych przez amerykański przemysł. Warunkiem była jednak restrykcyjna polityka przydzielania odpowiednich pozwoleń.

Optymistą co do przyszłości rynku wymiany pozwoleń na emisję dwutlenku węgla jest tez Joseph Kruger, za czasów administracji prezydenta Clintona członek amerykańskiego zespołu negocjującego powstanie Protokołu z Kioto. Uważa on uformowanie pierwszego w świecie takiego miejsca wymiany za „robiące wrażenie osiągnięcie”, nawet jeśli ceny na tym rynku zaczynają się kształtować na razie na bardzo niskim poziomie. Przewiduje, że kiedy tylko postanowienia z Kioto wejdą w życie, rządy poszczególnych państw narzucą ciężkiemu przemysłowi ostrzejsze wymagania i ceny na rynku wymiany pozwoleń na emisję pójdą w górę, a tym samym utrzymane zostaną wystarczające zachęty dla przemysłu do „posprzątania po sobie”. Jeśli narodowi decydenci naprawdę zechcą wykorzystać nowe unijne rozwiązanie do spełnienia własnych limitów wyznaczonych przez postanowienia dokumentu z Kioto, to z całą pewnością lista branż przemysłowych objętych przez emisyjny schemat musi być rozszerzona. Muszą zostać wprowadzone pozwolenia na emisję innych gazów cieplarnianych, takich, jak np. metan. A w przyszłości odpowiednie ministerstwa powinny zastanowić się nad sprzedażą przydziałów na emisję raczej w drodze licytacji niż zwykłego ich wydawania.

Widać też już, niestety, poważne zagrożenie dla przyjętych rozwiązań. Polem konfliktu okażą się z pewnością relacje pomiędzy komercyjnym rynkiem handlu emisjami, a różnymi innymi systemami, włącznie z tym zawartym w Protokole z Kioto. Jak się bowiem okazuje, tworzą się w istocie dwa zupełnie odrębne rynki : pierwszy – dla koncernów przemysłowych, które muszą osiągnąć cele narzucone im przez organa rządowe i drugi – dla samych rządów, które muszą z kolei realizować zatwierdzone na szczeblu międzynarodowym normy dla narodowych poziomów emisji. Oznacza to, że w przyszłości mogą się pojawić dwie różne ceny za „węglowe” emisje. Specjaliści zgadzają się, że będzie to dość dziwna sytuacja, dodają jednak, że byłoby znacznie gorzej, jeśli także rządy poszczególnych państw mogłyby sprzedawać lub kupować swoje narodowe uprawnienia do emitowania CO2. Wtedy zapanowałby już kompletny chaos.

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy wprowadzony 1 stycznia br. na terenie Unii Europejskiej system, będzie faktycznie prowadził do zredukowania poziomu emisji. I czy dzięki niemu w przemysłowym sercu Europy będziemy mogli podziwiać całe plantacje ekologicznych upraw rozciągających się wokół elektrowni. Wygląda na to, że – jak zwykle – zdecyduje rynek.


Dokończenie znajdziesz w wydaniu papierowym. Zamów prenumeratę miesięcznika ENERGIA GIGAWAT w cenie 108 zł za cały rok, 54 zł - za pół roku lub 27 zł - za kwartał. Możesz skorzystać z formularza, który znajdziesz tutaj

Zamów prenumeratę




| Powrót |

Artykuł opublikowany pod adresem:     http://gigawat.net.pl/article/articleprint/578/-1/55/

Copyright (C) Gigawat Energia 2002