Artykuł opublikowany pod adresem:     http://gigawat.net.pl/article/articleprint/1362/-1/92/

Kresowe zmagania z prądem


Informacje Numery Numer 12/2008

- Nie ma węgla, nie ma prądu, jest za to kryzys. Jak mamy zatem się rozwijać, produkować, zatrudniać nowych pracowników? – żalili się podlascy przedsiębiorcy podczas spotkania z Izbie Przemysłowo-Handlowej w Białymstoku, w którym brali udział biznesmeni oraz włodarze województwa i największych w tym regionie miast.


Fakt. Tej jesieni oraz zimy na węgiel trzeba było zapisywać się – jak za PRL-u – w długie kolejki, a na wschodzie Polski za tonę polskiego złota płacono 600–650 złotych!
Podczas, gdy w kraju tylko się mówi i ostrzega o grożącym kryzysie energetycznym, na wschodzie Polski już nie tylko wieś i chłopskie zagrody odczuwają niedostatek energii elektrycznej, ale i przedsiębiorcy, stawiający nowe zakłady produkcyjne z mniejszych miejscowości, mają trudności z pozyskaniem tzw. mocy energetycznych. Na decyzję czekają nieraz 1,5–2 miesiące, albo i dłużej.
Właśnie prokuratura oskarża burmistrza Siemiatycz, że sprzedał pewnej spółce z branży rolnej, produkującej m.in. terakotę, działkę za 30 tysięcy złotych, podczas, gdy była ona warta 270 tysięcy i w akcie notarialnym nie zawarł zapisu o obowiązku zbudowania zakładu. Tymczasem firma chce jak najbardziej i zakład zbudować, i 350 ludzi zatrudnić, tylko ma problemy z uzyskaniem tam przydziału mocy energetycznej. Trwa też spór, kto i za czyje pieniądze ma opracować kosztowny raport o oddziaływaniu inwestycji na środowisko. Może nowa ustawa o ochronie środowiska, która weszła w życie 15 listopada br. rozwieje te wątpliwości. W każdym bądź razie, grunt został sprzedany prawie 4 lata temu, a inwestycja nie ruszyła z miejsca. Co zaś do ceny, to burmistrz powiada, że rada miejska, bo to ona podejmowała decyzję, gotowa była sprzedać grunt za przysłowiową złotówkę, aby tylko ktoś zechciał w ich gminie jakiś zakład przemysłowy postawić.
Tymczasem – jak wskazują eksperci – wystarczy tylko większe zapotrzebowanie na prąd w Warszawie, a trzeba byłoby odłączyć z sieci cały region północno-wschodni.
Ostatnio premier Donald Tusk rzucił myśl budowy w Polsce dwóch elektrowni atomowych: jedną na Pomorzu, drugą gdzieś na wschodnim krańcu Rzeczypospolitej, np. na Podlasiu. Te inwestycje miałyby nie tylko dać krajowi energię elektryczną, ale i miejsca pracy, a wiadomo, że tam jest największe bezrobocie. O pomoc w zbudowaniu w Polsce elektrowni atomowych premier zwracał się nawet do władz Korei Południowej podczas obrad szczytu krajów azjatyckich i europejskich w Pekinie pod koniec października 2008 r.
Tylko ta myśl dotarła na piękną ziemię suwalską, a już odezwały się protesty. Mieszkańcy tego regionu dobrze w pamięci mają jeszcze awarię elektrowni atomowej w Czarnobylu i do dziś zwiększone zachorowania na raka zwalają na karb tejże awarii, stąd też zdecydowanie wypowiadają się przeciwko takiej inwestycji. Co prawda obecne elektrownie budowane są w całkiem innej technologii, a i w Czarnobylu wydaje się, że zawiódł człowiek, a nie technika, to nie ulega wątpliwości, że trudno będzie decydentom przekonać ludzi do takiej inwestycji. I nie tylko na Suwalszczyźnie. Ludzie w tym regionie protestują ostatnio bardzo skutecznie, np. przeciwko lokalizacji spalarni śmieci, obawiają się, że dość nowoczesne zakłady skutecznie zatrują im życie, więc tym bardziej będą protestować przeciwko elektrowniom atomowym. Nic dziwnego, że nie chcąc się narażać elektoratowi, nawet poseł z turystyczno-uzdrowiskowego Augustowa, Leszek Cieślik, uspokaja, że to tylko myśl, że premier nie powiedział dokładnie, gdzie taka elektrownia miałaby być budowana, no i w ogóle od pomysłu do realizacji droga daleka, gdzieś co najmniej 10 lat.
Dosyć nieoczekiwanie pomocną energetyczną dłoń wyciągają ku nam Rosjanie. Gubernator obwodu kaliningradzkiego - Grigorij Boos złożył marszałkowi województwa warmińsko-mazurskiego ofertę kupna energii elektrycznej z nowobudowanej w obwodzie elektrowni atomowej.
Jak już informowaliśmy, koło Sowiecka Rosjanie zbudują do 2015 roku elektrownię o mocy co najmniej 2300 megawatów, z możliwością jej dalszej rozbudowy. Co prawda decyzje o takich sprawach, jak eksport energii, zapadają na wyższym szczeblu, ale znając rosyjskie realia, można być pewnym, że gubernator wiedział, co mówi i że było to oficjalne zaproszenie Polski do rozmów na ten temat.
Ruszyły wreszcie (na szczęście bez fleszy telewizyjnych) polsko-białoruskie rozmowy o współpracy w różnych dziedzinach. Polscy i białoruscy eksperci rozmawiają ze sobą od kilku dobrych tygodni m.in. o współpracy kulturalnej, gospodarczej, turystycznej, otwieraniu nowych przejść granicznych. Kto wie, czy to nie dobra okazja, by np. porozmawiać o poruszanej już w 2002 roku sprawie modernizacji elektroenergetycznej linii transgranicznej Roś-Białystok. To tędy jeszcze przed kilkoma laty płynął do nas białoruski i rosyjski prąd. Już w 2003 roku, podczas IX Sesji Polsko-Białoruskiej Komisji Mieszanej ds. Współpracy Gospodarczej i Handlowej rozważano pomysł podwyższenia napięcia roboczego z równoczesnym przekształceniem linii przesyłowej w linię prądu stałego. Wówczas energia elektryczna mogłaby być przesyłana w obie strony. Na szczęście w tym czasie uruchomiono linię energetyczną Brześć II – Wólka Dobrzyńska.
Pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu to Polska miała namiar energii elektrycznej przez co zaniedbała własne inwestycje. Teraz, jak obliczono w Ministerstwie Skarbu, trzeba w perspektywie 20 lat wydać na moce wytwórcze energetyki 120 mld złotych. Do tej sumy należałoby jeszcze dodać koszty modernizacji linii przesyłowych.

Na foto: Na możliwość podłączenia się pod taki transformator podlascy przedsiębiorcy czekają czasami nawet kilka miesięcy.




| Powrót |

Artykuł opublikowany pod adresem:     http://gigawat.net.pl/article/articleprint/1362/-1/92/

Copyright (C) Gigawat Energia 2002